Inaczej mówiąc #12, #13, #14.
Ciągle mam problemy z tą numeracją. Wychodzi, że tylko tyle razy byłem na uczelni? Będę musiał to przeanalizować kiedy indziej. Tymczasem..
Pierwszy tydzień minął pod hasłem walki z gorączką. Tak, jakaś tam typowo jesienna choroba próbowała mnie dopaść, walczyłem z nią okrutnie, nie wszystkie bitwy wygrałem, ale liczy się efekt końcowy: wygrałem. Straciłem przez to masę energii, nie wszystkie plany tygodniowe udało mi się zrealizować, ale przynajmniej w weekend sobie to odbiłem.
Co zaobserwowałem podczas tych dni na uczelni?
Że nauczyciel akademicki swoje racje ma to wszyscy wiemy. Wiemy również, że nie często zgodne są one z prawdą, ale cóż trudno wbijać gwoździe wiertarką.. Jednak to, że zdarzają się czasem na uczelni prostaki to już przechodzi ludzkie pojęcie. Objawia się to nie tylko w kulturze, słownictwie i ubiorze, ale także w nagminnym wycieraniu sobie tyłka językami lizusów. Cholerne maniery! Szkoda, że nie urodziłem się by walczyć z systemem, miałbym popis. Tymczasem siedzę cicho, robię swoje i olewam oceny (prowadzącego?).
Zapamiętajcie: oceny o niczym nie świadczą, szczególnie na studiach.
Ciąg laboratoriów dnia następnego odbył się z moją obecnością jedynie cielesną. Duchem byłem gdzie indziej, walczyłem z potworami i tego typu lekarskim bajzlem. Najważniejsze, że przeżyłem. Jako tako.
A teraz? Siedzę sobie i kolejną godzinę robię laboratoria z maszyn, które mają być wyłącznie w zeszycie, ręcznie i starannie wykonane, itp. Czyżby 21 wiek się jeszcze nie zaczął? Dla niektórych z pewnością.
Chlastać się nie warto, już tak niewiele pozostało.